Zbigniew Szewczyk: Dziękuję wszystkim kibicom za wieloletnie wsparcie 11 paź

Zbigniew Szewczyk: Dziękuję wszystkim kibicom za wieloletnie wsparcie

„Mały” występował na pozycji pomocnika, swoją widowiskową grą przez kilka sezonów sprawiał radość fanom z Lubina. Zapraszamy na wywiad ze Zbigniewem Szewczykiem, byłym zawodnikiem Zagłębia Lubin, w którego sercu nasz klub, mimo upływu lat, ma specjalne miejsce. Z byłym zawodnikiem „Miedziowych” rozmawiał Krzysztof Kostka.

11 paź 2018 13:38

Fot. Tomasz Folta
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Klub

#MiedziowaTożsamość

Zbigniew Szewczyk

Urodzony 29 listopada 1968 w Bolesławcu, były piłkarz grający na pozycji pomocnika. Karierę piłkarską rozpoczął w klubie BKS Bolesławiec. Następnie w 1986 roku został zawodnikiem Zagłębia Lubin. W sezonie 1986/1987 zadebiutował w jego barwach w pierwszej lidze. W sezonie 1987/1988 spadł z z naszym klubem do drugiej ligi, ale już od 1989 roku ponownie grał na boiskach ekstraklasy. W sezonie 1990/1991 wywalczył z Zagłębiem pierwszy w historii klubu tytuł mistrza Polski. W Zagłębiu grał do końca sezonu 1992/1993. W 1993 roku Zbigniew Szewczyk przeszedł z Zagłębia do drugoligowego niemieckiego klubu SV Meppen. Występował w nim przez cztery lata. W 1997 roku ponownie zmienił klub i został zawodnikiem zespołu Tennis Borussia Berlin. W 1998 roku awansował z nią z Regionalligi do 2. Bundesligi. W 2000 roku Zbigniew Szewczyk wrócił do Polski, przez dwa lata grał w Zagłębiu Lubin, a latem 2002 podpisał kontrakt z drugoligowym Górnikiem Polkowice. W 2003 roku zakończył karierę, a w 2006 roku wznowił ją i przez dwa lata grał w amatorskim Chrobrym Nowogrodziec. Obecnie jest trenerem GKS-u Tomaszów Bolesławiecki.

***

Krzysztof Kostka: Na początku muszę zapytać o początki kariery i BKS Bolesławiec. Jak rozpoczęła się Pańska przygoda z piłką?

Zbigniew Szewczyk: - Dosyć późno, bo w wieku 15 lat pojawiłem się w drużynie BKS-u Bolesławiec. Do 15 roku życia kopałem piłkę po boiskach osiedlowych. Po awansie z BKS-em do klasy międzywojewódzkiej juniorów i rozegranym w międzyczasie turnieju w Jeleniej Górze, pojawiło się zainteresowanie moją osobą. Na tym turnieju trafiłem również do notesu trenerów kadry do lat 16. Byłem na konsultacjach reprezentacji Polski do lat 16. W wieku 17 lat grałem w pierwszej drużynie BKS-u, gdzie graliśmy m. in. z Zagłębiem Lubin czy Górnikiem Wałbrzych.

Jak trafił Pan do Zagłębia Lubin?

- W wieku 18 lat, w 1985 roku, za sprawą Marcina Łachodziaka przeniosłem się do Zagłębia Lubin, chociaż moją niewielką osobą zainteresowany był również Górnik Wałbrzych. Potrzebowałem dwóch lat, żeby przebić się do pierwszego składu. Po przyjściu do klubu Pana Jarguza otrzymałem szansę gry.

Między innymi zasłynął Pan z tego, że z Adamem Zejerem tworzył Pan zgrany duet. Poza boiskiem też?

- Z Adamem rozumieliśmy się nie tylko na boisku, ale i po za nim. Mamy dosyć specyficzne poczucie humoru, no i mój śmiech... Wielu kibicom nasz sposób grania się nawet podobał. Graliśmy efektownie i to doceniano. Z Adasiem miałem jeszcze kontakt w Niemczech, bo grał w VfL Herzlake, które było niedaleko Meppen. Więc nasze drogi gdzieś się przecinają nadal.

A jak to było z atmosferą w klubie?

- W Zagłębiu tworzyliśmy świetnie rozumiejący się kolektyw, nie tylko na boisku, ale także poza nim. Lubin był małym miastem, wszyscy praktycznie mieszkaliśmy obok siebie. Każdy wiedział co ma robić na boisku i jak się zachować.

Jak wspomina Pan czas spędzony w szatni Zagłębia?

- Po treningu czy po meczu zostawaliśmy w szatni. Po meczach zawsze musieliśmy posiedzieć pogadać i omówić pewne sytuacje. Każdy mógł się wypowiedzieć i wszystko zostawało w szatni, między nami.

Nie mogę nie zapytać o jedną osobę - nieżyjącego już Zygmunta Stanowskiego. Jak Pan wspomina właśnie jego?

- "Zyguś" to Zagłębie, to był wspaniały człowiek, przyjaciel, a zarazem psycholog w jednym. Nawet jak nogi były mocno zakwaszone, to ten jego masaż i tak był przyjemny. Mimo tego, że "Zyguś" potrafił przycisnąć mocniej, to był mimo wszystko relaks. Jego sposób bycia, niezapomniany....

- "Zygę" często można było spotkać dużo szybciej w klubie. Miło było zobaczyć, jak maszerował do klubu dużo wcześniej, przed każdym treningiem. Jedno jest pewne, bardzo tym wszystkim żył i oddał serducho klubowi.

Mówimy o masażach, przygotowaniu - w Pańskich czasach wiele działo się na obozach przygotowawczych. Wspominki z nich, to często kopalnia ciekawych historii lub anegdot.

- Pamiętam historię, jak jechaliśmy na obóz do Wągrowca, to zamarzło nam paliwo w autokarze, bo było tak zimno.

- Za trenera Łysko mieliśmy obóz zimowy, typowo narciarski. Trenowaliśmy biegi na nartach biegowych. Pamiętam jak Bogdan Pisz pokazywał nam plecy, tak dobrze sobie radził. Darek Płaczkiewicz wjeżdżał na górkę, a z górki ściągał narty i schodził.

- Będąc w Niemczech, na obozy zimowe jeździliśmy do Hiszpanii czy Holandii, tam trenowaliśmy na trawiastych boiskach. Graliśmy sparingi z Borussią Mönchengladbach, Schalke 04, Athletic Bilbao, Spartakiem Moskwa, czy IFK Goteborg. Grało się z zawodnikami, których widywało w telewizji.

Dlaczego zdecydował się Pan na powrót do Zagłębia w 2000 roku?

- Po przygodzie w TB Berlin i nieotrzymaniu przez klub licencji wróciłem do Lubina. Można stwierdzić, że do domu, bo Lubin był i jest moim domem. Niestety przygoda trwała tylko dwa lata. W 2002 nie było mnie już w planach trenera, który budował potęgę Zagłębia i wiemy, jak to się skończyło - spadkiem.

- Wracając do mojego powrotu i całej otoczki. Byłem dogadany już z prezesem Jackiem Kardelą i Zagłębiem Lubin, a jednocześnie w tym samym czasie dostałem lepszą finansowo ofertę z Dynama Drezno. Jednak dałem słowo, że wracam do Zagłębia i słowa dotrzymałem. Zmieniło się sporo w Lubinie i w lidze. Mecze były transmitowane w Canal+, zmieniała otoczka całej ligi.

- Później z Zagłębiem nie traciłem nigdy kontaktu. Pomagałem w organizacji obozów przygotowawczych w Niemczech, czy sparingów z niemieckimi drużynami.

Jak wyglądały warunki treningowe w czasach Pana gry w klubie?

- Wiadomo, jak przychodziłem do Zagłębia Lubin to klub był na fali, awans do I ligi, nowy stadion. W zimie trenowaliśmy na parkingu żużlowym, na którym jest teraz parking przy stadionie. Mieliśmy małą salkę treningową. Nie było indywidualizacji treningów i wszyscy mieli te same obciążenia. Kiedyś inaczej podchodzono do treningów.

Za czasów Pańskiej gry w Lubinie wystąpiliśmy w Pucharze Intertoto. Przegraliśmy wówczas z Lausanne 1:8, co się tam wydarzyło?

- Po Mistrzostwie miałem słabszą rundę z powodu kontuzji pleców. Po wygraniu ligi mieliśmy tydzień wolnego i później zaczął się też Puchar Intertoto, gdzie autokarem zjeździliśmy pół Europy, a w międzyczasie mieliśmy okres przygotowawczy i inne mecze. To był ciężki czas i sądzę, że miał spory wpływ na naszą postawę w następnym sezonie.

- Uważam, że Puchar Intertoto był niepotrzebny. Ze strony sportowej brak prawdziwego okresu przygotowawczego, odpoczynku i regeneracji. Fakt, że Intertoto dawało szanse na ogranie się w pucharach z lepszymi rywalami. Mecz z Lausanne to był kabaret. Wielu zawodników było już na walizkach. Nikt nie skupiał się na meczu, a na dalszej karierze i szukaniu zagranicznego transferu. Ponadto przed meczem mieliśmy kilka ciężkich treningów i na tle rywala wyglądaliśmy słabo.

- Mecze z Bolonią były bardzo wyrównane. Pamiętam, że jak we Włoszech po meczu byliśmy w restauracji, to otrzymaliśmy brawa i gratulacje za dobry mecz. Nie czuliśmy się gorsi od Włochów.

Było o wysokiej porażce, to teraz czas na wspomnienie wysokiego zwycięstwa. W 1992 roku najwyższa wygrana klubu, 7:0 ze Śląskiem Wrocław. Pamięta Pan to spotkanie?

- 26 września 1992 roku. Rozgromiliśmy w Lubinie Śląsk aż 7:0. Trzy bramki Daniela Dylusia. Ja zaliczam cztery asysty. Wrocławski zespół w tym pojedynku nie istniał na boisku, choć grali tam wtedy tak znani piłkarze, jak Adam Matysek czy Zbigniew Mandziejewicz. Na mecze derbowe zawsze było duże parcie i presja. I nadal tak jest, o czym świadczy ostatni mecz derbowy z Miedzią Legnica (rozmawialiśmy 3 września - dop. red.).

Rozegranie 192 meczów w Ekstraklasie to dla Pana dużo czy mało? Które pojedynki wspomina Pan najlepiej?

- Przez pół roku miałem kontuzję. Grałem również sezon w drugiej lidze. Po czasie stwierdzam, że nie jest źle. Strzeliłem tylko jedną bramkę, ale zaliczałem sporo asyst.

- Wspominam dobrze pierwszy mecz po awansie w 1989 roku z Lechem Poznań (2:0), później ograliśmy silną Stal Mielec. Był także mecz w Lubinie przy 25 tysiącach widzów z Górnikiem Zabrze. w składzie z Urbanem, Warzychą czy Wałdochem. No i oczywiście mecz ze Śląskiem, wspomniane 7:0.

Współpracował Pan z kilkoma trenerami. Któremu zawdzięcza Pan najwięcej w swojej karierze?

- Jak przychodziłem do Zagłębia Lubin, to był trener Różański, który był znany z twardej ręki i katorżniczych treningów. Oczywiście trener Świerk, który potrafił zrobić dobrą atmosferę i był wspaniałym psychologiem. Potrafił nas tak zmotywować, że ludzie potrafili grać z kontuzją. Pamiętam taką sytuację, że jechaliśmy na mecz z Widzewem i po drodze było trochę problemów drogowych, więc trener pyta się czy jedziemy na rozruch i czy wygramy ten mecz jutro. My chórem oczywiście, że wygramy ten mecz dla trenera, a Świerk na to: - No to dzisiaj nie macie treningu. Wygraliśmy 1:0, Marek Godlewski strzelił bramkę. Trener stosował też pewną zasadę, kiedy widział, że mamy straszną ochotę na grę i treningi, to je przerywał i potrafił nas nakręcić, tak żeby to wszystko dobrze funkcjonowało podczas meczu. Każdy nabierał dużej ochoty żeby już grać i walczyć. Człowiek wychodził na mecz naładowany. Cała drużyna poszłaby za nim w ogień. Później przyszedł trener Putyra, który miał praktycznie gotową drużynę. Potrafił nas przygotować i utrzymać tę wolę walki. Wprowadził kilku młodych zawodników i wszystko funkcjonowało dobrze. Po sezonie mistrzowskim doszło do sporych zmian kadrowych i ciężko było utrzymać tę samą kadrę.

- Gdy przeszedłem do TB Berlin, to trafiłem na wspaniałego trenera, jakim jest z pewnością Hermann Gerland, w ostatnich latach w sztabie szkoleniowym Bayernu Monachium.

Kto był dla Pana najtrudniejszym przeciwnikiem na boisku?

- Andrzej Przerada. Był agresywny, szybki i nieustępliwy. ale raz w meczu pucharowym grałem tak dobrze. albo on miał słabszy dzień, że sam poprosił o zmianę... (śmiech)

W 2. Bundeslidze rozegrał Pan 147 meczów. Jak wspomina Pan czas spędzony w SV Meppen 1912 i Tennis Borussia Berlin?

- Z perspektywy czasu mam mały niedosyt, bo miałem bardzo dobre wejście w ligę. Treningi indywidualne i dobór indywidualnych obciążeń na treningach przygotował mnie bardzo dobrze. Czułem się dobrze i to się przekładało na grę boiskową.

- Mój wyjazd do Meppen i mimo, że to była tylko druga liga niemiecka, to był inny świat. Rok 1993, indywidualizacja treningu, baza treningowa i organizacja klubu... Po pierwszym oficjalnym sparingu zostałem ulubieńcem kibiców, nie tylko ze względu na śmiech. Fajny okres, malutkie, śliczne miasteczko, świetna atmosfera na meczach.

- Mój najlepszy mecz, to SV Meppen - 1. FC Kaiserslautern, wygrany 2:1 w 1996 roku, zostałem wybrany najlepszym piłkarzem meczu. W tej drużynie grał Brehme, Kadlec i wielu innych świetnych zawodników, był też trener Otto Rehhagel. W meczu rewanżowym z Kaiserslautern, przegraliśmy 6:7, szalony mecz z hokejowym wynikiem. W następnym sezonie Kaiserslautern zdobyło mistrzostwo Niemiec. W przeciągu czterech lat w Meppen rozegrałem 101 meczów.

- Po transferze w 1997 roku do Tennis Borussii nie miałem okazji zagrać przeciwko Meppen, bo oni spadli z 2. Bundesligi. Rozegrałem 46 meczów w Tennis Borussia Berlin. W 1998 roku awansowałem z nią z Regionalligi do 2. Bundesligi.

Musi Pan nam opowiedzieć także o jedynym zagadnieniu: Zbigniew Szewczyk skautem Zagłębia Lubin - jak to finalnie było?

- Z Prezesem Jerzym Kozińskim rozmawiałem na ten temat i były to raczej luźne rozmowy. Uzgodniliśmy, że jak wypatrzę jakiegoś zawodnika w niższych ligach, to poinformuję o tym klub. Swego czasu serwisy sportowe i gazety podawały nawet terminy mojego zatrudnienia. Byłem skautem innego pierwszoligowego klubu, ale później miałem ważniejsze sprawy, wyjechałem z synami po raz kolejny do Niemiec i tak upłynęło kolejnych 6-7 lat.

Czym zajmuje się Pan obecnie?

- Po zakończeniu kariery piłkarza zacząłem trenować lokalne drużyny niemieckie i polskie. Obecnie prowadzę GKS Tomaszów Bolesławiecki i jedną z grup dzieciaków w Football Academy Bolesławiec. Póki czerpię przyjemność z piłki, to właśnie to robię. Najważniejsi są dla mnie synowie, którzy też związani są ze sportem i kibicuję im najmocniej jak potrafię. Tomek gra w koszykówkę w FC Schalke 04 Basketball, a Maciek gra w piłkę nożną, obecnie w VfB Speldorf.

- Chciałbym za Pana pośrednictwem podziękować całej rzeszy kibiców, która mnie wspierała przez cały czas na meczach Zagłębia Lubin, a najbardziej fanklubowi z Bolesławca, który zawsze o mnie pamięta. Także wszystkim tym ludziom, którzy wspominają mnie do tej pory i zaczepiają na ulicy, aby powspominać stare czasy.

Autor: Krzysztof Kostka