Sebastian Bonecki: Chcę by kibice pamiętali mnie z dobrej strony 18 paź

Sebastian Bonecki: Chcę by kibice pamiętali mnie z dobrej strony

Po powrocie z wypożyczenia miał walczyć o miejsce w podstawowym składzie KGHM Zagłębia Lubin. W przedsezonowym sparingu Sebastian Bonecki doznał jednak poważnej kontuzji, aktualnie indywidualnie pracuje, by wrócić na ligowe boiska. W szczerym wywiadzie ?Bony? o swojej karierze w barwach Zagłębia i przeszłości.

18 paź 2017 21:27

Fot. Tomasz Folta
Autor Zagłębie Lubin

Udostępnij

Ekstraklasa



Po wypożyczeniu do Chrobrego Głogów wracałeś do Zagłębia ze sporymi nadziejami na grę?
Sebastian Bonecki: - Szczególnie runda wiosenna ubiegłego sezonu była dla mnie udana, więc po powrocie do Zagłębia wierzyłem, że dostanę swoją szansę. Miałem nadzieję, że dałem argumenty, by mnie sprawdzić. W całym sezonie pierwszoligowym zdobyłem 5 goli, ale to druga część sezonu była dla mnie lepsza. Już po powrocie, po pierwszych sparingach, grałem na mojej nominalnej pozycji, szkoleniowcy dawali mi sporo minut. Niestety przytrafiła się poważna kontuzja. To tyle?

Po pierwszych sparingach przyszło feralne spotkanie z Piastem Gliwice.
- Po powrocie do Zagłębia miałem rozmowę z trener Stokowcem, było już wiadomo, że Dorde Cotra odchodzi i szkoleniowiec wspomniał, że sprawdzi mnie też na lewej obronie. I właśnie na lewej stronie defensywy postawił na mnie w meczu z Piastem Gliwice. Urazu doznałem po 10 minutach gry w drugiej połowie. Plan na zaistnienie w Zagłębiu muszę odłożyć w czasie.

Przedstawiciele Zagłębia regularnie oglądali Cię w meczach Chrobrego. Często po spotkaniach podkreślali, że albo grasz najlepiej, albo przechodzisz obok meczu?
- Taki problem miałem w rundzie jesiennej i sam doskonale to wiem. Po 2-3 meczach trener Mamrot poinformował mnie, że oczekuje stabilizacji w mojej formie i usiadłem na ławce. Zasłużyłem na kolejne szanse, które wykorzystałem. Zdobyłem gola w meczu z Miedzią Legnica, dołożyłem trafienie w kolejnym spotkaniu. W kolejnych meczach było już dobrze, aż do spotkania ze Stomilem Olsztyn. Na trybunach oglądał mnie trener Stokowiec, wygraliśmy 3:0, ale oprócz trochę przypadkowej asysty, nie dałem nic mojemu zespołowi. Po meczu usiadłem w szatni i zdałem sobie sprawę, że w zasadzie to mnie nie było na boisku. W drugiej rundzie było już lepiej z koncentracją, starałem się być ciągle pod grą. Nawet gdy losy meczu były już przesądzone, starłem cieszyć się grą i myślę, że się tego nauczyłem.

Potrzebowałeś wypożyczenia, by piłkarsko dorosnąć?
- (śmiech) Można tak chyba powiedzieć, bo chyba potrzebowałem wypożyczenia. Całe życie byłem zawodnikiem Zagłębia, przeszedłem przez akademię, rezerwy i pierwszy zespół. Dzięki wypożyczeniu zrozumiałem pewne rzeczy. By się odbudować potrzebowałem regularnych występów, pojawiła się opcja wypożyczenia, miałem do wyboru Wigry Suwałki i Chrobrego Głogów. Spodobała mi się opcja gry w Głogowie, bo mogłem liczyć na regularną grę. Potrzebowałem też pewnej zmiany i faktycznie oprócz zmiany otoczenia, zmieniło się moje podejście choćby do treningu. Myślę, że dałem Chrobremu coś z siebie, więc zaliczyłem udany sezon w pierwszej lidze.

Po sezonie spadkowym, w którym regularnie grałeś w ekstraklasie, mogłeś sobie pomyśleć, że w pierwszej lidze to będziesz miał pewne miejsce w składzie? A jednak nie wyszło, jakbyś chciał.
- Trener Stokowiec dał wszystkim szansę, by się wykazali. Do zespołu dołączyli młodzi zawodnicy, była nas spora grupa. W moim przypadku wszystko się skomplikowało od meczu nad Podbeskidziu, doznałem zatrucia i wylądowałem w szpitalu. Nie zagrałem, wskoczył Jarek Kubicki i zaczął wykorzystywać swoją szansę. Po spadku w pierwszej lidze też nie szło mi najlepiej, miałem wyraźny problem z ustabilizowaniem formy. Spodziewałem się po sobie więcej.

A to, jak powiodło się Jarkowi Kubickiemu, daje Ci do myślenia? W grupach juniorskich to Tobie wróżono większą karierę?
- I jako pierwszy trafiłem do I drużyny. Ale wiele przypadków pokazuje, że sportowy awans młodego zawodnika nie przekłada się później na jego szybką karierę w danym klubie. Damian Kowalczyk czy Piotrek Azikiewicz też szybko trafili do I zespołu, a dziś grają gdzie indziej i na innym poziomie. Podczas wypożyczenia do Głogowa myślałem sobie, że razem z Jarkiem Kubickim grałem w juniorach, w pewnym momencie mu odskoczyłem, a teraz to on jest daleko przede mną. Różnie wszystko się układa, a "Kebsi" pokazał, że sumienną pracą, zaangażowaniem i spokojną głową można dużo osiągnąć. Zdradzę, że gadałem kiedyś z Jarkiem i przyznał mi się, że po powrocie Zagłębia do ekstraklasy chciał odejść na wypożyczenie. Wtedy to ja rozpocząłem sezon w podstawowym składzie, a "Kebsi" miał czekać na swoją szansę. Ta przyszła dość szybko i swoim spokojem Jarek zyskał zaufanie w oczach trenera Stokowca.

Tobie nikt nigdy nie zarzucał, że nie przykładałeś się do treningów. Ale kilku szkoleniowców miało zastrzeżenia do Twojego zachowania podczas meczów? W sytuacjach stresowych zdarzało Ci się nie tylko nie grać na miarę potencjału, ale wręcz osłabiałeś zespół.
- Faktycznie łapałem sporo kartek, dwa sezony temu, w trzeciej lidze, nazbierało się ich ze 13. Najgorsze, że były to zazwyczaj kartki złapane w głupi sposób: za niepotrzebne faule, za dyskusje z sędziami czy niesportowe zachowanie. Nawet zaczęła się ciągnąć za mną taka łatka, a pan z telewizji Chrobrego w pierwszym wywiadzie zapytał mnie, czy mam problem z panowaniem nad emocjami? W Głogowie tych kartek też trochę było, ale lwia część za faule taktyczne, kiedy działałem z rozmysłem, by pomóc drużynie.

Jesteś w wieku, że można być już liderem swojej drużyny na poziomie ekstraklasy. Z drugiej strony chyba masz jeszcze szansę, by zrobić karierę?
- Niektórzy w starszym wieku trafiają do tej ligi i są jej pierwszoplanowymi postaciami. Niektórzy jeszcze dziś powiedzieliby o mnie, że jestem jeszcze bardzo młody i perspektywiczny (śmiech). Sam o sobie tak już nie myślę i inaczej wyobrażałem sobie moją pozycję w zespole w wieku 22 lat.

Ostatnie sezony w Zagłębiu były dla Ciebie stracone?
- Wbrew pozorom nauczyłem się wiele w I lidze, po spadku Zagłębia. W szatni stworzyliśmy fantastyczny zespół, który mocno się wpierał i żył ze sobą również poza boiskiem. Każdy czuł się częścią tej ekipy i zrozumiałem, jak ważna jest atmosfera w zespole. Starsi zawodnicy mieli czas dla nas młodszych, dzielili się doświadczeniem i umiejętnościami. Okres dla mnie stracony był później, po powrocie do ligi. Nawet zacząłem w podstawowym składzie, ale jak już z niego wypadłem, to na dobre. Nie dostałem szansy na rehabilitację, ale uczciwie przyznam, że na nią nie zasłużyłem. Mogłem wykorzystać wtedy swoją szansę, mogłem zrobić więcej, by dziś być w innym miejscu.

Dobre występy w I lidze dały Ci obraz, że spokojnie dasz sobie radę w ekstraklasie?
- Utarło się mówić, że przeskok z I ligi do ekstraklasy nie jest duży. Potwierdza to choćby dyspozycja beniaminków, które w zeszłym sezonie awansowały. W moim przypadku, po części, problem siedział często w głowie. Pojawiła się też spora presja, z którą nie do końca sobie radziłem.

W jednym z trudniejszych dla młodego zawodnika okresie, po przegranym finale Pucharu Polski, Ty akurat mogłeś liczyć na specjalne wsparcie trybun.
- Zacząłem lekko truchtać po boisku i wczoraj miałem okazję wejść na główną płytę. Wróciły wówczas emocje i wspomnienia, tego, jak po wspomnianym finale potraktowali mnie kibice. To było niesamowite i bardzo potrzebne osiemnastoletniemu chłopakowi. Siedziałem na ławce a trybuny skandowały moje nazwisko. Aż ciarki przeszły mnie znów po plecach na te wspomnienia. Teraz na takie wsparcie mogą liczyć Filip Jagiełło czy Arek Woźniak. Trochę im zazdroszczę, ale zamierzam na to znów zapracować.

Ale jako osiemnastolatek miałeś odwagę podejść do tak ważnego karnego?
- Ale chciałbym dać się zapamiętać kibicom z jakiegoś pozytywnego wydarzenia (śmiech). Ten konkurs rzutów karnych też czasem powraca: dłużyła się sama droga do piłki ustawionej na "wapnie", to trwało milion sekund. Wcześniej obserwowałem Wojtka Kaczmarka, wiedziałem, że rzuca się głównie w prawą stronę. Miałem strzelać w lewo, ale przed uderzeniem pomyślałem, że musi zmienić stronę interwencji i uderzyłem ostatecznie w prawo. Kaczmarek rzucił się w prawo i mnie wyciągnął. Możemy dziś się cieszyć, że we wcześniejszej fazie nie strzelałem karnego w meczu z Piastem Gliwice, bo byśmy do finału nie dotarli (śmiech).

To kiedy wchodzisz w mocniejszy trening? Może wiadomo, kiedy będziesz do dyspozycji trenera Stokowca?
- Pierwsze diagnozy doktora Jaroszewskiego mówiły, że czeka mnie 4 i pół miesiąca przerwy. Idziemy zgodnie z planem, fizjoterapeuci zwiększają mi obciążenia. Zacząłem biegać, prowadzę piłę w niektórych ćwiczenia, ale wiadomo, że na strzały i zwody nie mogę sobie pozwolić. Truchtam w linii prostej. Za dwa tygodnie czekają mnie badania, które określą, jak dużą różnicę w wielkości mają moje mięśnie. Jeśli będzie niewielka, to doktor pozwoli na jeszcze mocniejszy trening, oczywiście indywidualny. Potrzebuję wzmocnienia, teraz jak chwilę mocniej popracuję, to zaraz brakuje mi pary. Nie zapomniałem jakie bywają treningi u trenera Stokowca i wolę być na nie gotowy. Cieszy mnie widok trawy na boisku, ćwiczę obok chłopaków, to też dobrze działa na moją głowę.