#Miedziowa Tożsamość | A. Klimek: Z przyjemnością wróciłem na stadion 8 sie

#Miedziowa Tożsamość | A. Klimek: Z przyjemnością wróciłem na stadion

W Lubinie występował w latach 1997-2003 i w tym czasie wyróżniał się na boisku nie tylko posturą. Być może nie strzelał zbyt wielu bramek, ale swoją grą stwarzał liczne okazję kolegom z zespołu. Dlaczego wołano na niego autobus? Jakie kontrakty do dziś trzyma w domu? Jak odnalazł się po karierze piłkarza? Arkadiusz Klimek - zapraszamy!

8 sie 2018 09:51

Fot. W. Raczkowski
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Klub

#Miedziowa Tożsamość

Pamiętam jak w 1998 grał Pan jeszcze w Stomilu Olsztyn, gdzie oprócz posturą wyróżniał się także dobrym prowadzeniem piłki. To wtedy po raz pierwszy skontaktowało się z Panem Zagłębie Lubin?

 -  Tak, dokładnie. Janusz Kubot kojarzył mnie z boiska, ale do klubu sprowadził mnie ostatecznie Andrzej Szarmach. O propozycji dowiedziałem się na początku roku 1998 i od tego momentu prowadzono ze mną rozmowy, czy byłbym zainteresowany zmianą klubu. Ostatecznie 28 lutego trafiłem do Zagłębia. Było to wtedy dla mnie dość ekscytujące przeżycie, ponieważ po raz pierwszy klub musiał zapłacić za mnie dość duże pieniądze.

Wracając do kwestii finansowych, ustalmy od razu jedną, nurtującą kwestię. Po Lubinie krążyła pewna legenda. Pieniądze na kupno nowego zawodnika znalazły się tylko dlatego, że zrezygnowano z zakupu nowego autobusu. Czy jest to prawda?

- Podobno jest to prawda! Gdy byłem w Lubinie też o tym słyszałem, że zamiast autobusu klubowego kupiono mnie. Jakoś po miesiącu czasu, jak zapoznałem się już z chłopakami z drużyny, rzeczywiście wyszło na jaw, że miał być kupiony nowy autokar. No i w konsekwencji została do mnie przyczepiona nowa ksywka – autobus.

Przechodził Pan do Zagłębia ze Stomilu, który nie walczył wówczas o najwyższe cele. Czy był to dla Pana duży przeskok? Jak by nie patrzeć, z dużego Olsztyna przeszedł Pan do małego Lubina i troszkę lepszego zespołu. Towarzyszył wtedy Panu stres, czy był to kolejny wyznaczony przez Pana cel do realizacji?

- Na pewno stres był, bo nie miałem jakiegoś dużego doświadczenia ligowego. Co prawda dwa lata spędziłem w Stomilu, ale wiadomo, to było blisko domu. Zagłębie miało wyżej postawioną poprzeczkę i ambitniejsze cele. Nie patrzyłem na wielkość miasta, liczyła się dla mnie możliwość grania w lepszym klubie. Zdawałem sobie sprawę, że będzie mi brakowało domu i jezior, ale najistotniejszą kwestią była realizacja swoich zamierzonych planów i chęć spróbowania gry o wyższe miejsce w tabeli.

Z tego co pamiętam, jak przechodził Pan ze Stomilu, to miał na swoim koncie dziesięć bramek w seniorskiej piłce. Jednak ta pierwsza runda wiosenna w nowych barwach nie była do końca udana. Liczył Pan na więcej?

- Wiadomo, że czym szybciej strzeli się pierwszą bramkę, tym lepiej jesteśmy postrzegani w zespole. Kilka pierwszych spotkań było w miarę przyzwoitych, później było troszkę gorzej i ta runda wiosenna była średnia w moim wykonaniu. Część osób zastanawiała się dlaczego to akurat mnie kupił klub. W późniejszym czasie okazało się, że zaaklimatyzowałem się w zespole i na moim koncie było kilka zdobytych goli, ale i dużo asyst czy rzutów karnych. Nie strzelałem dużo bramek, ale stwarzałem sytuacje do zdobywania punktów. Nie ukrywam, że liczne kontuzje hamowały trochę moją przygodę. Wyeliminowany przez urazy zostałem na kilka miesięcy, ale ogólnie z pobytu w Lubinie byłem bardzo zadowolony. Szkoda tylko, że w tym okresie, w którym odchodziłem, nie udało się utrzymać w najwyższej lidze.

Wróćmy do Pana początków w Zagłębiu. Pół roku, to czas jaki Arkadiusz Klimek potrzebował na zaaklimatyzowanie się w drużynie. Zmierzył się Pan w tym czasie z delikatną krytyką z trybun. Widziano potencjał, bardzo dobrą technikę, tylko pamiętam, że na początku nie umiał Pan tego sprzedać. Później historia pokazała, że jednak to się udało. Kto pomagał z klubie na samym początku? Z kim Pan się trzymał w trudnych momentach?

- W pierwszym dniu, po przyjeździe na parkingu spotkałem się z Piotrem Lechem i jakoś tak razem mieszkaliśmy w hotelu. W późniejszym okresie spędzałem dużo czasu z Jackiem Manuszewskim i Andrzejem Szczypkowskim. Wiadomo, na samym początku zawodnicy nie trzymali się ze mną, było odczuwalny ten dystans. Z czasem, swoją grą i także spotkaniami poza boiskiem pokazałem, że jestem wartościowym zawodnikiem i człowiekiem.

Ale była jakaś niechęć w szatni? Bo Pan był kupiony jakby nie patrzeć za niemałe pieniądze, a na pewno hierarchia napastników była wcześniej w klubie ułożona?

-  Niechęć, to może za mocne słowo. Z tym dystansem, to jak wcześniej powiedziałem, dało się delikatnie odczuć Jeśli chodzi o hierarchię, to oczywiście oprócz mnie w klubie byli również inni napastnicy, choćby Radek Jasiński. Byli także inni, starsi zawodnicy, Robert Bubnowicz czy Andrzej Szczypkowski. Wszyscy wymienieni pochodzili z okolic Lubina, ja miałem do domu daleką drogę, więc najlepszy kontakt złapałem ze wspomnianym Piotrem Lechem. W hotelu, w którym mieszkaliśmy wszyscy trzymaliśmy się jednak razem.

Pamięta Pan pierwszy mecz w barwach Zagłębia?

- Oczywiście, że pamiętam, przegraliśmy z ŁKS-em 2:4. Najpierw prowadziliśmy 2:0, ale trzy bramki strzelił nam Saganowski. Był to pamiętny mecz, bo graliśmy jak ogórki. Nawet takiego określenia użyłem po tym spotkaniu i ta ksywka później też się do mnie przylgnęła. Takich rzeczy nie można zapomnieć. Mój pierwszy mecz, wydawałoby się, że wygrany, a w końcówce okazało się zupełnie inaczej.

Ogólnie bardzo dobrze się Pan kojarzy wszystkim kibicom. Jakby nie patrzeć,  najlepszym sezonem w Pana karierze był rok 2000/2001. Wiązało się to przede wszystkim z tym, że do Lubina trafili bardzo dobrzy zawodnicy. Byli Grzybowski, Podbrożny, Żuraw. Pamiętam nawet, że stworzyliście takie trio na boisku. A poza nim jak to bywało?

- Poza murawą mocno przyjaźniłem się z Marcinem Adamskim i Edkiem Cecotem, a na boisku z wspomnianym Jerzym Podbrożnym i Zbigniewem Grzybowskim. Dobrze się rozumieliśmy i znaliśmy swoje możliwości.

Zagłębie było kojarzone z drużyną solidną, która potrafi namieszać z faworytami. Szczególnie w pamięci zapadło mi, że podczas spotkań z zespołami najbardziej utytułowanymi, typu Legia, Wisła, prezentował się Pan znakomicie. Jeżeli dobrze pamiętam, to miał Pan nawet propozycję z Wisły Kraków

- Tak, w domu mam jeszcze wszystkie kontrakty. Wisła dwa razy robiła podejście, a Legia raz. Jak odchodziłem z Zagłębia, miałem przygotowany do podpisu kontrakt z Legią. Jeśli chodzi o Wisłę, to była to trochę inna historia. Z uwagi na moje wcześniejsze kontuzje, klub obawiał się, że przyjdę i będę leczyć urazy.

To były jedyne powody, czy jednak był Pan przywiązany do Lubina i nie chciał ponownie iść do innego miasta? Na początku naszej rozmowy powiedział Pan, że potrzebuje trochę czasu na aklimatyzację w nowym miejscu, co jednak w zestawieniu z dalszym etapem Pańskiej kariery wygląda trochę inaczej. Ostatecznie rozegrał Pan jeszcze 25 spotkań, w których zdobył 3 bramki. Wiele osób, które pamiętają tamte mecze mówi jednak, że w polu karnym Pan zawsze robił dużo „szumu”.

- W Lubinie miałem przede wszystkim szacunek. Znamienne jest to, że pomimo kontuzji Jacek Kardela, ówczesny prezes przedłużył ze mną kontrakt na podobnych warunkach. Zagłębie zawsze było bliskie mojemu sercu, tym bardziej, że w Lubinie urodziła się moja pierwsza córka. Dlatego też czas w Lubinie kojarzy mi się lepiej niż inne kluby. Nie ukrywam, że chciałem zagrać w Wiśle o mistrzostwo. W Zagłębiu, pomimo tego, że wygrywaliśmy z topowymi zespołami, w końcowej klasyfikacji zawsze zajmowaliśmy piąte, czy szóste miejsce. Uważam, że okres w Lubinie był najlepszym w mojej karierze. Kontuzje w pewien sposób uniemożliwiały mi pokazanie swoich umiejętności w stu procentach. Moja karierę wyhamował uraz, który wyeliminował mnie z treningów na rok czasu. Po powołaniu do reprezentacji Polski, miałem szansę na wyjazd do Korei, ale po powrocie z kadry graliśmy mecz z Polkowicami w Pucharze Ligi. Wygraliśmy 2:1, ale w trakcie spotkania padał deszcz  i w 90 minucie przy wybiciu piłki doznałem kontuzji. Mimo wszystko okres w Lubinie uważam za bardzo dobry.

Powiedział Pan, że kończył swoją przygodę z Zagłębiem trochę nieszczęśliwie, bo był to sezon spadkowy za kadencji Adama Topolskiego. Była możliwość, że Pan zostanie, czy ambicje sportowe i chęć spróbowania czegoś innego, zmiany środowiska i nabycia nowych doświadczeń była silniejsza?

- Wiadomo miałem ambicje i chciałem wyjechać gdzieś dalej, tym bardziej, że miałem przygotowany kontrakt z Legią, a takiemu klubowi rzadko się odmawia. Troszkę inaczej potoczyła się moja przygoda, bo wyjechałem do Grecji, i tu decydowały o tym aspekty finansowe. Myślę, że gdybyśmy się utrzymali w pierwszej lidze, to zostałbym w Zagłębiu. Dlaczego spadliśmy? W klubie miała trochę zmienić się taktyka. Przyszedł Adam Nawałka i chciał ściągnąć kilku nowych zawodników. Atmosfera w zespole się pogorszyła, spadliśmy z ligi, choć teoretycznie mieliśmy lepszych zawodników. Po roku czasu od spadku, Zagłębie dużo zyskało sportowo, więc może dobrze to wszystko wyszło.

Najprzyjemniejszy moment jaki Pan wspomina z Lubina?

- Myślę, że mimo wszystko powołanie do reprezentacji. Było to ukoronowanie i uznanie mojej pracy. Przyszedł fax do klubu, trener Jabłoński mnie wezwał na rozmowę i powiedział, że kontaktował się z Jerzym Engelem. Oznajmił, że bacznie się przygląda mojej grze i rozważa możliwość powołania. Pytał jak się prezentuję. Chciał, żebym jeszcze bardziej się zaangażował. Po meczu z Amicą Wronki, gdzie strzeliłem bramkę i zremisowaliśmy 1:1, oficjalnie przyszło powołanie. Było to bardzo przyjemne uczucie, bo nie było dużo powołań w Zagłębiu. Szkoda tylko, że tak szybko się to skończyło. W trzecim meczu miałem wejść na murawę, ale kontuzja mnie niestety wyeliminowała. Żal pozostał do dziś, koszulkę założyłem, ale na boisko nie wszedłem i nie zagrałem.

Później miał Pan naprawdę bogatą karierę. Śledząc Pańskie losy, pamiętam, że poszedł Pan do FBK Kaunas i po dwóch naprawdę dobrych sezonach na Litwie wyjechał Pan do Szkocji. A czy była kiedykolwiek później możliwość powrotu do Zagłębia, czy nie dostał Pan już nigdy takiej propozycji?

- Takiej propozycji już nie dostałem. Rozmowy o moim powrocie do Zagłębia nie było, a chętnie bym wrócił.

Miał Pan później dobrą passę. Pamiętam nawet artykuł w „Piłce Nożnej” gdzie napisano, że w Hearts pokazał się Pan z dobrej strony.

- Zanim to nastąpiło, był ten pechowy wyjazd do Grecji. Spędzenie tam roku czasu,  to musiało się skończyć w FIFA. Okres w Grecji nie był zły, rozegrałem tam 20 spotkań, w których strzeliłem 4 bramki. Trochę pograłem także w europejskich pucharach. Dzięki temu miałem możliwość zagrać choćby z największym klubem na świecie, jakim moim zdaniem jest FC Barcelona. Wówczas nie zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów. Wygraliśmy na Camp Nou i była to przygoda życia. Teraz, po czasie bardzo miło się to wspomina. Poznanie nowej kultury przez spędzony tam rok. Później musieliśmy się rozstać, praktycznie 80-70% zespołu odeszło, bo w Grecji nie płacono na czas. Doszły też perypetie z prezesem i koniec końców wróciłem do Płocka. Szkoda, że nie pojawiła się wtedy oferta z Zagłębia, bo wróciłbym pewnie nawet rowerem. Poszedłem do Wisły, gdzie wydawało się, że będzie wszystko fajnie Na miejscu był trener Jabłoński, ale niestety był też prezes Dmoszyński. Przez pół roku grałem w Ekstraklasie, a kolejne sześć miesięcy w drugiej drużynie, bo miałem duży kontrakt. Po drodze złapałem kontuzję. Dlatego między innymi Ja, Radek Sobolewski i Jurek Podbrożny zostaliśmy zesłani do drugiej drużyny, gdzie musieliśmy się męczyć. Po tym czasie rozwiązałem kontrakt i wyjechałem na Litwę, gdzie fajnie, bez presji i na spokojnie mogłem grać. W pierwszych 10 meczach strzeliłem 8 bramek. Co mecz strzelałem 2 bramki, później troszkę się zaciąłem. Po fajnym sezonie, zdobyliśmy Puchar Litwy i Mistrzostwo Litwy. Skutkiem tego dostałem szansę w Szkocji, gdzie był ten sam właściciel klubu, Kowna i Hearts. Niestety, po raz kolejny przytrafiła się kontuzja. Po dwóch meczach zerwałem pachwinę i wróciłem na Litwę.

Śledził Pan losy Zagłębia podczas pobytu za granicą?

-Cały czas byłem blisko Zagłębia. Chłopaki, którzy zostali informowali mnie na bieżąco. Żałowałem, że mnie tam nie ma. Ten okres, gdzie odszedłem był na pewno jednym z lepszych w Zagłębiu.

Jak Pan był w Hearts, to Zagłębie zdobywało Mistrzostwo Polski.

- Dokładnie, dlatego żal, że nie było żadnego kontaktu jak wracałem z Grecji. Chętnie bym wrócił do Lubina. Na miejscu byli już pewnie inni działacze, wszystko zmieniło.

Jak był Pan ostatnio w Lubinie, to jak zmienił się w Pańskich oczach cały Lubin, miasto, cała infrastruktura?

- Od momentu wyjazdu nie byłem w Lubinie kilkanaście lat. Kiedy przyjechałem na obchody 70- lecia, to byłem w szoku. Wiedziałem, że powstała akademia, że są boiska, ale nawet miasto się zmieniło. Byłem pięć i pół roku w Lubinie, a zastanawiałem się czy dobrze jadę. Mocno się to zmieniło i fajnie rozbudowało, z przyjemnością tam wracałem. Przede wszystkim z przyjemnością wróciłem na stadion. Dzisiaj to są dwa różne światy, ten stadion na którym ja grałem, a ten który jest obecnie. To jest bez porównania. Szkoda, że Ja się tego  nie doczekałem. Jak patrzę na dzisiejsze Zagłębię, to im zazdroszczę, że grają na takich stadionach.

Ostatnie pytanie o czasy teraźniejsze. Za nami trzy kolejki Ekstraklasy. Ogląda Pan jeszcze mecze Miedziowych?

- Zagłębie tak, na pewno skróty. Nie wszystkie mecze „od dechy do dechy”, ale na pewno śledzę wyniki. Zagłębie zawsze było, jest i będzie w moim sercu blisko. Tym bardziej, że to jeden z niewielu, w którym grałem w Ekstraklasie. Z Wisłą Płock nie mam dobrych wspomnień, to bardziej moja porażka. Z niej jednak trafiłem na Litwę, gdzie zagrałem ze zdobywcą Ligi Mistrzów. W maju Liverpool  zdobył Ligę Mistrzów, a w Lipcu trafili na Kaunas w eliminacjach. Był tam wtedy Jerzy Dudek i to jest to taka pamiątka na całe życie. Wymieniłem się koszulką z Gerarrdem. Pewnie gdybym nie był w tym Płocku, to bym nie trafił do Kowna.

Pięć i pół roku w Lubinie. Miał Pan jakieś swoje ulubione miejsce?

- Jeździliśmy do Polkowic na basen, a na starówce była fajna pizzeria, to tam zawsze jeździliśmy na coś zjeść. Często jeździłem do Reala, w Lubinie brakowała mi jedynie jeziora.

Czym teraz się Pan zajmuje?

- Kolega namówił mnie, abym został drugim trenerem  w III lidze. Powiedział, że mnie znają i będzie inaczej jak będę przy drużynie. Okazało się, że nie poszło jemu tak jakby chciał. Wtedy poproszono mnie, czy nie zostałbym pierwszym trenerem, gdyż trener Tarnowski zrezygnował po 10 porażkach z rzędu. Chciałem spróbować do końca rundy, zostało 4-5 spotkań. Udało się zremisować z Widzewem i wygrać z Legią, znów zremisować na Ełku. Zdobyliśmy kilka punktów. Zostałem na całą wiosnę, ale nie daliśmy rady się utrzymać. Ta liga była dla nas za mocna. A Ja? Dziś prowadzę swoją działalność dla rolników

Odnalazł się Pan po życiu piłkarskim.

- Tak, choć ciężko było na samym początku. Nie wiedziałem co będę robił. Z piłki teraz nie da się utrzymać rodziny, dlatego musiałem szukać czegoś innego. Chyba, żeby wejść mocno w trenerkę, ale aż tak się nie wciągnąłem, żeby zostawić wszystko. Reszta bez zmian. Żona ta sama(śmiech), trójka dzieci. Teraz syn mi się urodził, moje oczko w głowie. Mam nadzieje, że kiedyś przyjdzie do Zagłębia.