Filip Jagiełło: Chcę być czołową postacią Zagłębia 13 lut

Filip Jagiełło: Chcę być czołową postacią Zagłębia

- Pamiętam, że jak chodziłem na mecze w roli kibica, to wyobrażałem sobie jak biegam w tej koszulce, na tym stadionie, przy kilku tysiącach kibiców na trybunach. Teraz moje marzenia realizuję. To moja rola, żeby dawać z siebie wszystko za tę koszulkę i ten herb – mówi nam Filip Jagiełło. Wychowanek Zagłębia o ciążącej na nim odpowiedzialności, osobistym celu na najbliższy rok, pierwszych meczach Zagłębia w roli kibica i wsparciu rodziny.

13 lut 2018 14:44

Fot. Zagłębie Lubin
Autor Zagłębie Lubin

Udostępnij

Ekstraklasa

Pod koniec ubiegłego roku, po wygranym meczu z Wisłą, powiedziałeś, że „dojrzałeś do tej ligi”. Rozmawiamy na początku 2018 roku. To jest cel na najbliższe miesiące? Potwierdzić tę dojrzałość na boiskach Lotto Ekstraklasy?

Filip Jagiełło: Przede wszystkim zależy mi na tym, żeby grać jak najwięcej i z meczu na mecz się rozwijać. To jest dla mnie najważniejsze, bo czuję, że w ostatnich miesiącach wskoczyłem na wyższy poziom i ten postęp jest zauważalny w meczach ligowych. W najbliższym czasie chcę być wiodącą postacią Zagłębia, ale też wyróżniać się na tle ligi.

Bije od Ciebie fakt, że jesteś z Lubina…

A jak ma być inaczej? Pochodzę stąd, to mój klub, z którym jestem związany od początku kariery. Pamiętam, że jak chodziłem na mecze w roli kibica, to wyobrażałem sobie jak biegam w tej koszulce, na tym stadionie, przy kilku tysiącach kibiców na trybunach. Teraz moje marzenia realizuję. To moja rola, żeby dawać z siebie wszystko za tę koszulkę i ten herb.

Czujesz się wzorem dla chłopaków trenujących w Akademii? Przeszedłeś wszystkie szczeble juniorskie w Zagłębiu, pokazałeś, że cierpliwość popłaca. Młodzi zawodnicy mają kogo podpatrywać.

Poniekąd tak, bo tak jak mówisz – grałem przecież w każdej juniorskiej drużynie Zagłębia. Ale nie wystarczy tylko „czuć się” wzorem czy przykładem, trzeba też dawać z siebie więcej. Choćby dlatego czuję na przykład odpowiedzialność za tych wszystkich chłopaków, którzy trafiają do pierwszego zespołu. Zresztą - w naszej drużynie wszyscy zawodnicy chyba tak mają. Ale ja też pomagam im, jak tylko mogę. Gdy dzieciaki z Akademii zaczepiają mnie i poproszą o krótką rozmowę, to też staram się mieć dla nich czas. Bycie wychowankiem to coś więcej niż tylko tytuł. To odpowiedzialność.

A co z tą cierpliwością?

Myślę, że na moim przykładzie można powiedzieć, że nie ma się co spieszyć z wprowadzaniem do drużyny. W Młodej Ekstraklasie debiutowałem jako 15-latek, w Ekstraklasie – gdy byłem ledwie o rok starszy. Dopiero teraz, gdy skończyłem 20 lat, gram regularnie. Patrząc z perspektywy czasu, może wtedy było trochę za szybko? Może nie byłem gotowy na to, by w tak młodym wieku skoczyć na głęboką wodę? To był jednak spory przeskok między rezerwami a najwyższym szczeblem.

W grudniu minęły 4 lata od twojego debiutu w Ekstraklasie. Trzeba przyznać, że to był jeden z głośniejszych debiutów naszych wychowanków w ostatnich latach. Jak teraz wspominasz tę „wędkę” od trenera Lenczyka w meczu z Ruchem Chorzów? Może taki test charakteru był Ci wtedy potrzebny?

Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to chyba nie było to potrzebne. Oczywiście takie decyzje to święte prawo trenera, ale wydaje mi się, że nic by się nie stało, gdyby poczekał ze zmianą te 10 minut do przerwy. Ale nie miałem wtedy żalu, teraz nawet też nie mam.

Rozmawiamy jakiś czas po tamtym meczu, emocje już opadły. Ty jesteś znacznie bardziej doświadczonym zawodnikiem, masz większą wiedzę. Myślałeś kiedyś, jak dziś zachowałbyś się w debiucie?

Nigdy o tym nie myślałem. Skupiam się na tym, by swoimi występami nigdy nie dać trenerowi powodu do tego, by choć pomyślał o zdjęciu mnie z boiska na tak wczesnym etapie meczu. Trzeba od początku dawać z siebie wszystko i tak staram się do tego podchodzić. Co oczywiście nie znaczy, że wtedy tak nie było. Po prostu może też zabrakło mi doświadczenia boiskowego.

Może trochę za szybko to na mnie spadło. Bo jak sobie wyobrażasz siebie w koszulce przed kilkoma tysiącami kibiców, to wszystko wydaje się jakieś łatwiejsze. Niby czekasz na ten debiut i czekasz, a gdy godzinę przed meczem się dowiadujesz, że wychodzisz w pierwszym składzie, to tremy nie unikniesz.

Zastanawiam się czasem, czy gdybym miał trochę więcej czasu na oswojenie się z tą informacją, to byłoby inaczej. Ale wiadomo, że nie można szukać tanich usprawiedliwień. Było jak było i tyle, nie ma co do tego wracać.

Dziś to tylko wspomnienia, po których już nie ma śladu. Jesteś czołowym zawodnikiem Zagłębia, grasz dużo i masz zaufanie trenera Lewandowskiego. Tata, który jest chyba Twoim najwierniejszym kibicem, zadowolony z postępów syna?

Tata surowo ocenia każdy mój mecz. Nawet jak wygramy, a ja coś odwalę, to nie ma zmiłuj, po głowie dostaję (śmiech). Ale bardzo wiele mu zawdzięczam, zawsze jest na moich meczach, kibicuje mi i wiem, że zawsze mogę na niego liczyć.

I to on przyprowadził Cię na pierwszy mecz Zagłębia…

Tak, choć byłem na tyle młody, że nie za bardzo pamiętam co to było za spotkanie. Wiem tylko, że czasami zdarzało się wejść dopiero na drugą połowę, bo wtedy już nie trzeba było kupować biletów. A pierwszą stało się z nosem przy bramie starego stadionu i oglądało mecz zza krat za jedną z bramek, gdzie był niewielki prześwit. Oczywiście nie zawsze tak robiliśmy, żeby nie było (śmiech).

Pierwsza wizyta na treningu to również zasługa Taty?

Tak, to on przyprowadził mnie na pierwsze zajęcia, choć duża w tym rola również Mamy. To ona pomogła załatwić mi treningi w Zagłębiu w wieku 8-9 lat.

Pamiętam, że pierwsze treningi mieliśmy u trenera Janusza Stańczyka, później przejął nas trener Rak i znowu powrót do Stańczyka. I potem już szło po kolei – dalej wychowywali mnie trenerzy Wałowski, Turkowski, Pisz, Karmelita czy Bożyczko. Więc trochę tych szczebli rzeczywiście tutaj przeszedłem.

Już wtedy byłeś zawodnikiem środka pola?

Jakoś tak się złożyło, że zawsze grałem na pozycji numer 8 – i w klubie, i w reprezentacjach młodzieżowych. Tam tez najlepiej się czuje, choć nie mam problemu z tym, by od czasu do czasu wyjść wyżej i zagrać jako klasyczny rozgrywający. W Zagłębiu jest o tyle dobrze pod tym względem, że w środku stosujemy dużą wymienność pozycji i w trakcie meczu można znaleźć się w wielu różnych miejscach, w zależności od fazy spotkania.

Wspomniałeś o reprezentacjach młodzieżowych. Teraz grasz w kadrze U-21, ale gdy tuż po objęciu stanowiska trener Michniewicz wybierał kadrę na mecze eliminacyjne, to nie wysłał Ci powołania. Zabolało?

Może nie tyle zabolało, co byłem zaskoczony. Szczególnie, że w U-20 przecież byłem jednym z kluczowych zawodników, grałem wszystko i spodziewałem się, że po przejściu wyżej chociaż dostanę szansę.

Trener wyjaśnił mi, dlaczego podjął taką decyzję i ja grając w klubie staram się przekonać go, że miejsce w kadrze mi się należy. I chyba mi się to udało, bo na ostatnie mecze już otrzymywałem powołanie. Teraz chcę pomóc chłopakom w awansie do Mistrzostw Europy nie tylko swoją obecnością na zgrupowaniach, ale przede wszystkim na boisku.

Za nami mecz z Legią, teraz myślimy o Wiśle Płock. To rywal, który świetnie zaczął wiosnę i na pewno postawi nam w sobotę trudne warunki.

Ich siłą są przede wszystkim skrzydła. Konrad Michalak, z którym gram w kadrze, to jeden z najszybszych zawodników nie tylko Wisły, ale i całej ligi. Poza tym jest jeszcze zawsze groźny w meczach z nami Merebaszwili, a do tego Arkadiusz Reca, Damian Szymański czy Dominik Furman. To dobry zespół.

Rundę rzeczywiście zaczęli świetnie, ale nie ma co się do tego przywiązywać. Mecz meczowi nierówny, w naszej lidze już nie raz było to widać. Popatrzmy na końcówkę jesieni. Wisła wygrała na wyjeździe w derbach z Cracovią 4:1, by kilka dni później przegrać z nami u siebie 1:2.

To na pewno będzie wyrównany mecz i tylko od nas zależy, jak go rozegramy. Musimy lepiej wejść w spotkanie niż ostatnio z Legią i tyle. Nie ma żadnych wymówek, jedziemy tam wygrać. Interesują nas tylko 3 punkty.