Daniel Dyluś: W Zagłębiu nigdy niczego nie brakowało 14 sie

Daniel Dyluś: W Zagłębiu nigdy niczego nie brakowało

Daniel Dyluś urodzony 3 grudnia 1964 r. w Nysie. Pierwsze kroki piłkarskie stawiał w Stali Nysa. W seniorskiej piłce zadebiutował w Gwardii Szczytno, z której po dwóch latach, w 1987 r. przeniósł się do Zagłębia Lubin. Zdobywca Pucharu Polski z Miedzią Legnica w 1992 r. oraz król strzelców II ligi. Piłkarz grający w takich klubach jak: Sokół Pniewy, Stomil Olsztyn, Jeziorak Iława, GKS Katowice czy Czarni Żagań. Grał również w zagranicznych klubach we Francji, Finlandii czy Belgii. Człowiek intrygujący i mający zawsze swoje zdanie, które jak sam twierdzi, nie pomagało mu w zagrzaniu miejsca na stałe. Krzysztof Kostka zaprasza na wywiad z Danielem Dylusiem.

14 sie 2018 19:16

Fot. Krzysztof Kostka
Autor Krzysztof Kostka

Udostępnij

Klub

#MiedziowaTożsamość

Jak trafił Pan do Zagłębia Lubin?

- Do Zagłębia trafiłem dzięki Panu Jarguzowi, który był dyrektorem w Zagłębiu. W roku 1987 dograł szczegóły transferu do Zagłębia Lubin z trzecioligowej Gwardii Szczytno. Pan Jarguz był sędzią międzynarodowym i posiadał wiele kontaktów i znajomości, co ułatwiało mu pracę w pozyskiwaniu nowych zawodników. W podobny sposób do Zagłębia Lubin trafił Adam Zejer. Przez pierwsze pół roku trenowałem z pierwszą drużyną, ale nie mogłem grać w oficjalnych meczach z powodu zakazu transferów dla klubu.

Dlaczego przylgnęła do Pana łatka aferzysty?

- Trener Stanisław Świerk uważał, iż mogę grywać w zespole najwyżej przez kilkanaście minut. Nikomu w klubie nie podobało się, że miałem odmienne zdanie. I, co gorsze, głośno je wypowiadałem. Ponadto przychodząc do klubu obiecano mi różne rzeczy, a później się z nich nie wywiązywano. W kontrakcie miałem zapisane, że po przejściu do klubu otrzymam talon na samochód. Doszło z tego powodu do strajku piłkarzy, ponieważ nie tylko ja miałem obiecany samochód. Aby zaprotestować przeciwko tej sytuacji 9 piłkarzy nie wyszło na trening. Za to karnie przesunięto nas do drugiej drużyny i byłem ostatnim zawodnikiem, który nie chciał pójść na ustępstwa. Natomiast w Miedzi Legnica walczyłem i głośno się domagałem premii, którą nam obiecano po zdobyciu Pucharu Polski. Jako kapitan drużyny wraz z radą domagaliśmy się tych pieniędzy i do tej pory ich nie dostaliśmy. Wraz z czterema innymi zawodnikami poszliśmy do sądu i wygraliśmy sprawę, ale w międzyczasie klub się przekształcił i wydzielił sekcję piłki nożnej. Ówczesny prezes Zenon Błachnio poszedł do Zagłębia Lubin, a w jego miejsce przyszedł Jerzy Koziński.

Ponoć słynął Pan ze smykałki do interesów?

- Jako piłkarze otrzymywaliśmy talony lub pisaliśmy podanie o rzeczy, które potrzebujemy. Okazało się, że pewnego razu Prezes powiedział, że mam największe potrzeby i największą ilość podań. Wiadomo jak było, mięliśmy możliwości to załatwiało się różne rzeczy rodzinie. Jako ciekawostkę podam sytuacje z naszych wyjazdów zagranicznych. Jak lecieliśmy na mecz z Colo Colo do Algierii to ubrano nas w najlepsze garnitury, buty, dresy. Jechaliśmy jak reprezentacja. Wiadomo, że jak wyjazd zagraniczny to czasami brało się coś na handel, żeby mieć pieniądze na zakupy dla najbliższych.

- Ja dostałem informację, że w Algierii potrzebują namiotów, więc ze sobą wziąłem dwa namioty. Ponadto pomagałem spieniężyć rzeczy innych i dobrze wychodziło mi dobijanie targów z tubylcami.

Wyjazd do Algierii?

- Był to wyjazd bardziej integracyjny i relaksacyjny niż sportowy. Podczas trwania tego obozu zagraliśmy tylko jeden mecz towarzyski z Colo Colo Algieria. Nie mieliśmy szczepień, więc klubowy lekarz zalecił nam pić przed każdym posiłkiem pięćdziesiąt gram spirytusu. Spaliśmy pod Warszawą, więc dezynfekcja rozpoczęła się wcześniej i na lotnisku stawiła się zmęczona ekipa. Lecieliśmy do Algierii z międzylądowaniem w Budapeszcie. Działacze również się przygotowali i zrobili to sprytnie, bo skrzynie które przedstawiano na lotnisku nazwano prezentami dla działaczy Colo Colo. Zdjęcia, które Panu udostępniłem to właśnie z tego wyjazdu. Byłem jedynym chyba, który robił zdjęcia. Byliśmy tam dwa tygodnie i zagraliśmy jeden mecz. Zostałem tam okrzyknięty głównym specjalistą do handlu z Algierczykami. Potrafiłem uzyskać dobre ceny.

Skąd ksywa Farelka?

- Jechaliśmy na sparingi do Eisenhüttenstadt i wiadomo, że jak były wyjazdy zagraniczne to zawsze brało się coś na handel lub wymianę. W Niemczech chodliwym towarem były farelki termowentylatory z Kętrzyna, a że przyszedłem ze Szczytna miałem załatwić takich 12 na ten wyjazd. Dostałem dwa dni wolnego i je załatwiłem.

Dlaczego przenosiny do Miedzi Legnica?

- Po przegranym barażu z Górnikiem Wałbrzych i spadku klub poczynił sporo transferów żeby wzmocnić zespół i szybko wrócić do pierwszej ligi. Myślałem, że po owocnej końcówce poprzedniego sezonu zadomowię się w pierwszej jedenastce, ale niestety trener miał inny plan. Ja byłem już w takim wieku, że chciałem grać regularnie. Po rozmowie z trenerem Świerkiem, który miał przedstawić moją sytuację na zebraniu zarządu okazało się, że trener chce mnie zostawić w drużynie, a w rozmowie ze mną wyraził zgodę na zmianę klubu. Miałem do niego o to żal. Po pół roku bycia rezerwowym, oddano mnie w ramach współpracy z Miedzią Legnica na wypożyczenie. Trener Jerzy Jastrzębowski zaufał mi i w sezonie 1990/1991 strzeliłem dla Miedzi 13 bramek i zajęliśmy czwarte miejsce w II lidze. W następnym sezonie było jeszcze lepiej i z 19 bramkami zostałem królem strzelców. W Pucharze Polski też szło mi i drużynie, doskonale wiemy jak to się skończyło. W finale pokonaliśmy po karnych Górnik Zabrze i mogliśmy świętować największy sukces klubu.

Dlaczego ponownie wraca Pan do Zagłębia i omija Pana mecz Miedzi z AS Monaco?

- W ramach powrotu do Zagłębia Lubin klub zorganizował na stadionie w Lubinie mecz pucharowy Miedzi Legnica z AS Monaco i wziął koszty organizacji na siebie. W ramach mojego transferu zabrano również do Zagłębia Diegasa, czyli Dariusza Baziuka. Zawodnicy Zagłębia Lubin grający w Miedzi Legnica mięli niepisaną umowę, że w razie potrzeby klubu z Lubina mogą wrócić. Powrót do Lubina był naturalną koleją losu, mieszkałem nadal w Lubinie i dobrze się tu czułem. Z powodu transferu do Zagłębia ominął mnie dwumecz Miedzi z AS Monaco, ale patrząc z perspektywy czasu, strzelałem w Zagłębiu wówczas jak natchniony. Jesienią strzeliłem 12 bramek, co było drugim wynikiem w lidze i lepszy był tylko Marek Koniarek. Wiosną poszło mi trochę słabiej i strzeliłem tylko 3 bramki, ale całościowo osiągnąłem niezły wynik 15 bramek w sezonie.

Ciekawy temat, to bez wątpienia zagłębiowa grupa żartownisiów.

- Jaja sobie robiliśmy razem z Adamem Zejerem, Zbyszkiem Szewczykiem, Markiem Godlewskm, Sławkiem Wałowskim i wcześniej z Jarosławem Chwaliszewskim. Potrafiliśmy przyjechać godzinę przed treningiem czy wyjazdem na mecz tylko po to żeby pożartować. Podczas pobytu w Miedzi było podobnie, Sławomir Wałowski i Grzegorz Kochanek to byli koledzy, którzy podczas meczu potrafili sobie dogryzać, a po meczu razem z rodzinami spędzać wolny czas. Po prostu to była dobrze zgrana grupa.

Na pewno myślał Pan o reprezentacji.

- Po udanym sezonie i strzeleniu 15 bramek rzeczywiście pomyślałem o reprezentacji. W okresie letnim polska reprezentacja wyjeżdżała na tournee i trener Strejlau powołał mnie na kadrę. Wyjazd był tydzień przed ostatnim meczem ligowym i zastanawiano się jak to rozwiązać. Ostatecznie w miejsce kadry Strejlaua pojechała młodzieżówka i na tym się zakończyła cała sprawa. Mając 27 lat dałem sobie spokój z myśleniem o kadrze.

Jakie ma Pan zdanie o trenerach, którzy prowadzili Pana w Zagłębiu?

- Trener Świerk był specyficznym człowiekiem, Był cholerykiem, potrafił okrzyczeć, jak mu się coś nie podobało. Jak widział, że na treningu wszystko szło dobrze to gonił nas do domu, ale jak coś nie szło to potrafił każdego postawić do pionu. Był niesamowitym motywatorem i każdy poszedłby za nim w ogień. Za jego kadencji każdy za każdym stawał, była wspaniała atmosfera. Trener Świerk miał nosa, robił zmiany i ten kto wchodził strzelał bramkę, albo podrywał zespół do lepszej gry. Po przegranych meczach w autobusie była grobowa atmosfera i trener Świerk krzyczał na wszystkich. Najbardziej się gotował jak Mały, czyli Zbyszek Szewczyk, śmiał się - kto go zna ten wie o czym mówię. My często z Adamem Zejerem podkręcaliśmy go. Kiedy wygrywaliśmy mecze, to była wesoła atmosfera i nawet mogliśmy stanąć na piwko. Trener Świerk jak się denerwował, to mówił bardzo szybko i niewyraźnie. Miał doświadczenie jak nikt inny.

- Marian Putyra był dobrym teoretykiem. Moim zdaniem zdobył mistrzostwo na tym co zrobił Świerk. Co by nie mówić, dobrze potrafił przygotować zespół motorycznie i fizycznie. Po moim powrocie do klubu po trenerze Marianie Putyrze w 1992 r. nastał gorzowski duet Janusz Płaczek i dr Ryszard Panfil. Nastąpiły spore zmiany w drużynie i wielu zawodników zostało odeszło.

- Jerzy Fiutowski był nerwowym człowiekiem i podczas treningów czasami ostro reagował na błędy zawodników, szczególnie dotyczyło to młodych zawodników. U Fiutowskiego było wszystko dopracowane na treningach, ponadto robiono nam badania i sprawdzano wydolność. Potrafił nas zabiegać, ale podczas meczu byliśmy tak przygotowani, że w dogrywce wyglądaliśmy jak na początku meczu. Treningi były wyczerpujące, ale dawały efekty. Na treningu u niego nie było taryfy ulgowej i młodzi piłkarze często tego nie wytrzymywali. Na obozach przygotowawczych fundował nam po 3 treningi dziennie.

A jakie ma Pan wspomnienia z obozów przygotowawczych i meczów towarzyskich?

- Pamiętam taką ciekawą sytuację, że przed wyjazdem na mecze sparingowe do Eisenhüttenstadt musiałem załatwić 12 Farelek, które były chodliwym towarem tak samo jak kryształy. Dostałem dwa dni wolnego i pojechałem je załatwiać. Graliśmy tam dwa mecze sparingowe. W tych meczach grali Ci, co byli w stanie grać. Spora grupa była zmęczona „wieczornymi przygotowaniami”. Wygraliśmy z pierwszoligową drużyną. Na powrocie była ciekawa sytuacja. Ja pomyliłem godziny powrotu na zbiórkę do autokaru i wszyscy na mnie czekali. Trener Świerk był wściekły, a ja w dobrym humorze jeszcze robiłem sobie żarty. Wszyscy ze mnie się śmiali. Trener Świerk kupił sobie duży bujak ogrodowy, który ukryliśmy w lukach bagażowych, każdy schowek był wykorzystany do ukrycia naszych rzeczy. Mięliśmy pewien układ z celnikami i musieliśmy być o ustalonej godzinie na granicy żeby bez problemu ją przekroczyć z tym, co każdy wymienił bądź zakupił. Całe szczęście przekroczyliśmy granicę bezproblemowo i trener Świerk rozchmurzył się.

Po udanym sezonie w Zagłębiu Lubin znowu zmiany. Dlaczego nie mógł Pan zagrzać miejsca w jednym klubie?

- Po udanym sezonie w Zagłębiu w 1993 r. zdecydowałem się zmienić klimat i wybrałem Wielkopolskę, wiążąc się Tygodnikiem Miliarder Pniewy. Spędziłem tam półtora roku i rozegrałem 32 mecze, pięciokrotnie wpisując się na listę strzelców. Po sezonie doszedłem do wniosku, że w lidze polskiej już nic więcej nie osiągnę i poprosiłem prezesa Sieję żeby mnie gdzieś sprzedał za granicę. Następnie trafiłem jesienią 1996 r. do francuskiego Valenciennes. Tam strzeliłem 7 bramek, występując w trzeciej lidze francuskiej. Ten wynik bramkowy dał mi miano najlepszego strzelca drużyny. Znowu pojawiły się kłopoty finansowe i klub zbankrutował. Po powrocie z Francji grałem jeszcze w Jezioraku Iława,  aby przenieść się do Stomilu Olsztyn, w którym rozegrałem 28 meczów i strzeliłem 6 bramek. Następnie ponownie wyjechałem spróbować swoich sił poza ojczyzną, grałem w fińskim TPV Tampere oraz belgijskim Royal Racing Club Tournaisien. Tam nabawiłem się kontuzji i wróciłem do Polski, gdzie w przeciągu dwóch kolejnych sezonów reprezentowałem barwy sześciu klubów: Błękitnych Orneta, Pogoni Lwówek, Warty Poznań, MKS Mława, GKS Katowice oraz Czarnych Żagań, gdzie w 2000 r. zakończyłem karierę.

Nie mogę nie spytać o pamiętny mecz ze Śląskiem Wrocław i Pana hattrick. Co Pan czuł?

- Grając w klubach I-ligowych i przez dwa lata w II-ligowej Miedzi trzy razy ustrzeliłem hattricka. Jeden z tych przypadków to wspomniany przez Pana historyczny mecz Zagłębia ze Śląskiem. Strzeliliśmy przeciwnikowi 7 bramek, z czego 3 były moje. Śląsk to nie była wtedy byle jaka drużyna – bronił u nich wtedy Matysek, a w polu grali na przykład Mandziejewicz czy Tęsiorowski. O nic wtedy nie walczyliśmy, ale to były derby i na nie się szykowaliśmy. Tak motywowaliśmy się jeszcze tylko na Legię. Mecz tak się ułożył, że wychodziło nam wszystko i mogło się skończyć z 10:0. Diegas zrobił sporo fajnych akcji. Pierwsza bramka mojego autorstwa padła dosyć szybko i Śląsk nie był w stanie się podnieść. Oprócz mnie strzelali jeszcze Dariusz Michaliszyn dwie, po jednej Robert Stachurski i Lesław Grech.

Z kim Panu się grało najlepiej i który piłkarz lubińskiego Zagłębia mógł zrobić większą karierę?

- Adam Zejer moim zdaniem miał o wiele większe możliwości i mógł zaistnieć w Europie, ale był zbyt nerwowy, a druga sprawa to prawo pozwalające na wyjazd zagraniczny w wieku 28 lat. Bał się również ostrej gry i czasami odpuszczał stykowe sytuacje. Janek Kudyba był dobrym zawodnikiem. Nasi skrzydłowi Zejer i Szewczyk potrafili kręcić zawodnikami przeciwnika jak chcieli. Były też inne czasy, wtedy łatwiej było o transfer do Turcji czy Cypru, gdzie były spore pieniądze. Duży szacunek mam do Romka Kujawy. Zawsze się zastanawiałem jak on strzela te karne, był nieomylny, potrafił wyczekać bramkarza do końca. Kiedyś się go zapytałem jak on to robi i w końcu zdradził mi swój sekret. Jego porady w późniejszym okresie dały mi więcej pewności przy egzekwowaniu karnych.

Co sądzi Pan o działaczach, organizacji klubu i bazie treningowej w tamtym czasie?

- Zygmunt Stanowski to był dla mnie człowiek instytucja. Można było z nim pożartować, powygłupiać się, porozmawiać poważnie, był psychologiem i fachowcem w tym co robił. Potrafił sam wymasować kilku zawodników i nie był to masażyk tylko ciężka praca. Nigdy nie odmawiał.

- Wspominam też bardzo dobrze Edmunda Halamskiego. Człowiek na poziomie. Jak polecieliśmy do Algierii na sparing z Colo Colo, to jego francuski był nienaganny. Pamiętam go jako człowieka w garniturze z cygarkiem, imponującego sposobem bycia, kulturą. Jeśli on coś obiecał to tak było. Jeśli chodzi organizację i bazę treningową to było wszystko dograne i dopieszczone. Klub finansowo był poukładany i zespół miał duże możliwości. Mieliśmy chyba najlepszy autokar w lidze, wygodne i nowe krzesła, każdy zawodnik miał komfort podczas podróży. Mieliśmy jedną z większych płyt boiska, Lech Poznań miał tylko podobne. Niektóre drużyny nie potrafiły grać na naszym boisku. Obiekt jak na tamte czasy też był dobry. Wynagrodzenia piłkarzy wtedy to moim zdaniem czołówka ligi. Nie było problemów z mieszkaniami dla piłkarzy. Pierwsze moje mieszkanie było na ul. Kamiennej, gdy urodziło mi się drugie dziecko, to zmieniłem mieszkanie na większe i wybierałem je z kilku ofert na wysokim poziomie.

A jak wspomina Pan zabiegi regeneracyjne w Kudowie Zdroju?

- Parafina była najgorsza i człowiek przeżywał szok po styczności z nią. Była gorąca i przeźroczysta, nie można się było ruszać bo dostawała się między palce i to bolało później. Na borowinie dochodziło się do siebie. Bicze wodne, zimna woda na przemian z ciepłą stawiała na nogi, po serii wyznaczonych zabiegów dla każdego zawodnika był czas wolny. Czasami wyjeżdżaliśmy wspólnie z całymi rodzinami. Korzystaliśmy z gościnności ośrodków wypoczynkowych dla górników. Był to dobry czas integracji i konsolidacji drużyny i naszych rodzin. Organizowano posiadówki i imprezy integracyjne w czasie wolnym.

Czym zajmuje się Pan po zakończeniu kariery?

- Po skończeniu z piłką przez dwa lata uczyłem w szkole. Miałem z tego ogromną satysfakcję, że część chłopaków, którzy wtedy gdzieś tam u mnie zaczynali, teraz zaczyna się w Pasymiu i okolicy dobijać do pierwszego składu. Obecnie pracuję w Holandii i jeżdżę jako kierowca międzynarodowy na TIR-ach. To mój wybór, bo wiem, że siedzenie w domu nie jest moją ulubioną czynnością. W międzyczasie skończyłem też studia. Muszę się pochwalić, że jeden z moich młodszych kolegów postanowił napisać pracę magisterską na mój temat. Materiał miał dobry, bo poświęciłem mu sporo czasu, ale najważniejsze jest to, że w końcu powstało źródło, które jest jedynym pełnym i nie zniekształconym obrazem mojej kariery.

Autor: Krzysztof Kostka